Relacje polsko-ukraińskie już od dłuższego czasu są napięte, lecz ostatnie wydarzenia dolały kilku litrów oliwy do ledwo tlącego się ognia. Decyzją prezydenta Ukrainy jednostka specjalna SSO „Północ” otrzymała imię „Bohaterów UPA”. Kto na lekcjach historii nie uważał, powinien dokładnie przeczytać następne zdania. Ukraińska Powstańcza Armia (UPA) powstała pod koniec 1942 roku i była ściśle powiązana z OUN-B (Organizacją Ukraińskich Nacjonalistów) kierowaną przez Stepana Banderę.
Nie jest to zresztą wyłącznie kwestia interpretacji historyków. W 2016 roku polski Sejm ustanowił 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej Polskiej. W uzasadnieniach i dokumentach państwowych wskazuje się na działania UPA z 1943 roku, będące kulminacją fali mordów i wypędzeń Polaków z ich domów. Badacze szacują, że tylko jednego dnia mogło zginąć około ośmiu tysięcy naszych rodaków.
Ukraina tłumaczy jednak swoją decyzję pielęgnowaniem tradycji walki o niepodległość. W ukraińskiej narracji UPA postrzegana jest przede wszystkim przez pryzmat walki partyzanckiej z okupacją niemiecką i sowiecką. I właśnie tutaj pojawia się zasadniczy problem. Trudno oczekiwać od Polaków obojętności wobec organizacji, która dla ogromnej części społeczeństwa jest symbolem Wołynia i jednej z największych tragedii w historii naszego narodu. Prezydent RP Karol Nawrocki jednoznacznie stwierdził, że zachowanie Wołodymyra Zełenskiego jest niedopuszczalne, a swoim postępowaniem dostarczył „tlenu rosyjskiej propagandzie”.
W jego ocenie ukraiński przywódca zasługuje na odebranie najwyższego polskiego odznaczenia – Orderu Orła Białego, który otrzymał w 2023 roku od Andrzeja Dudy. Nawrocki stwierdził również, że cała sytuacja świadczy o braku dojrzałości Ukrainy do członkostwa w strukturach Unii Europejskiej. Jego ostra reakcja podzieliła jednak polską scenę polityczną.
Sam Andrzej Duda wskazał, że warunki geopolityczne, w których dekorował Zełenskiego, uległy fundamentalnej zmianie, a obecny prezydent ma pełną swobodę w podejmowaniu decyzji dotyczących odznaczenia. Zupełnie inaczej sprawę ocenia obóz rządowy pod przywództwem Donalda Tuska. Premier uznał decyzję Kijowa za niepokojącą, lecz jednocześnie stwierdził, że nie warto dopuścić do sytuacji, w której „ktoś inny wygra przyszłość”, podczas gdy Polska i Ukraina będą spierać się o przeszłość.
Tylko jak nie spierać się o przeszłość, skoro ona sama wraca do nas, nawet wtedy, gdy próbujemy ją odłożyć na bok? Politycy podejmują różne decyzje, ale trudno uwierzyć, że nikt w Kijowie nie przewidział reakcji Polaków. Nazwanie jednostki specjalnej „Bohaterami UPA” przy jednoczesnym utrzymywaniu bliskich relacji z państwem, którego obywatele padli ofiarą tej formacji, trudno uznać za działanie rozsądne. To polityczny strzał w kolano, którego konsekwencje musiały nadejść. Dlatego Nawrocki zwołał na najbliższy poniedziałek Kapitułę Orderu Orła Białego w celu rozpoczęcia procedury odebrania odznaczenia Wołodymyrowi Zełenskiemu. Problem polega jednak na tym, że polityczna deklaracja to jedno, a możliwości prawne to drugie.
Zgodnie z ustawą o orderach i odznaczeniach prezydent może pozbawić orderu z własnej inicjatywy po zasięgnięciu opinii Kapituły lub na jej wniosek. Jednocześnie art. 144 ust. 3 Konstytucji RP nie zalicza takiej decyzji do osobistych prerogatyw głowy państwa. Oznacza to, że ewentualne odebranie Orderu Orła Białego wymaga kontrasygnaty Prezesa Rady Ministrów.
Niezależnie od tego, czy Order Orła Białego zostanie Zełenskiemu odebrany, jedno jest pewne: problem nie dotyczy już wyłącznie historii. Dotyczy granic kompromisu między pamięcią o własnych ofiarach a koniecznością budowania sojuszy. Spór o UPA nie jest więc kolejną kłótnią o przeszłość, jak stwierdził Donald Tusk. Jest pytaniem o to, czy Polska i Ukraina potrafią budować wspólną przyszłość.