O drastycznych zmianach klimatu wiemy nie od dziś. To już nie tylko suche komunikaty z konferencji ONZ czy szkolne prezentacje o topniejących lodowcach. Zmiany widzimy na własne oczy – gwałtowne burze, anomalie pogodowe, upały w kwietniu, a śnieg w maju. Pogoda zaczęła grać w rosyjską ruletkę, a wielu z nas wciąż udaje, że to tylko „dziwna wiosna”. Mimo że trąbi się o tym wszędzie, denializm klimatyczny ma się świetnie. To zjawisko stało się nowym hobby narodowym. Trochę jak narzekanie na polityków – wszyscy to robią, ale nikt nie wierzy, że coś się zmieni. Bo przecież „jak nie widzę pożaru za oknem, to znaczy, że go nie ma”. A nawet jeśli słyszymy, że gdzieś płoną lasy, znikają rafy koralowe, giną gatunki, a ludzie tracą domy w wyniku katastrof – to przecież „nas to nie dotyczy”. Cudze pożary nie parzą. Ten rodzaj ignorancji to już nie tylko wygoda – to styl życia. A kiedy ktoś rzuca hasło „nasza planeta płonie”, reakcje bywają wręcz komiczne. Śmiech, przewracanie oczami, komentarze o “ekoterrorystach”. Nawet jeśli dwa tygodnie temu spłonęła część parku Biebrzańskiego – to przecież nie my walczymy z tym pożarem, więc chyba nie był aż tak duży? Ale apogeum farsy klimatycznej to zdecydowanie turystyka kosmiczna. Jak się okazuje, najnowszym trendem wśród znudzonych milionerów jest nie tylko latanie w kosmos, ale robienie z tego feministycznego manifestu. Mówię tutaj o słynnym locie Katy Perry, trwającym “aż” 11 minut. Świetnie, że cały zespół tworzyły kobiety. Naprawdę, przełamywanie patriarchalnych zasad jest niezwykle istotne w kontekście zwiększania równouprawnienia. Ale przełamywanie patriarchatu przy okazji emitowania 50 ton CO2, bo ktoś zachciał dodatkowego rozgłosu, to już klimatowy kabaret. Dla porównania – przeciętny człowiek przez całe życie emituje jakieś 16 ton. Dziękujemy Katy za wyrównanie emisji dla trzech osób. Należy się tobie medal z recyklingu. Katy Perry po lądowaniu pocałowała ziemię, chwyciła stokrotkę i ogłosiła światu, że teraz naprawdę widzi piękno naszej planety i ważne jest jej szanowanie. Powiedziała też, że ten lot daje planecie same benefity, bo pokazuje, że kobiety też mogą latać w kosmos. Dla porównania, brzmi to jakby osoba po zjedzeniu wykwintnego steka zaczęła mówić o szacunku dla krów albo udała się na konferencję proklimatyczną prywatnym odrzutowcem (co i tak ma miejsce). Ale Perry dalej brnęła w swoją hipokryzję. W wywiadzie powiedziała, że takie loty to same benefity dla Ziemi, bo przełamują męską dominację w kosmosie. Brzmi wzruszająco, dopóki nie policzy się, że jej jeden kaprys był bardziej szkodliwy niż całe życie przeciętnego ekologa. Może pora przestać dawać mikrofon ludziom, którzy mylą performance z postępem. Katy Perry i spółka mogą latać po orbitach, ale my tu, na Ziemi, zostajemy z dymiącym rachunkiem za ich loty, smogiem i coraz bardziej rozregulowaną planetą.
Ziemia umiera.
Ale przecież Katy Perry ją pocałowała… i miała stokrotkę.