Czy taki hazard wchodzi w grę?

Czy taki hazard wchodzi w grę?

Dawno temu, w niedzielne popołudnie, ojciec z synem oglądali mecz piłki nożnej. Stadion błyszczał w słońcu, a z reklam stadionowych, koszulek zawodników i ścianek konferencyjnych były widoczne loga zakładów bukmacherskich. Syn zapytał, co to za firmy, a ojciec, chcąc być odpowiedzialnym rodzicem, odpowiedział, że to sponsorzy sportu i dzięki nim kluby mają pieniądze. Gdyby jednak chciał być naprawdę szczery, musiałby dodać, że to po prostu hazard, tylko ładnie opakowany, oswojony i sprzedawany jako coś normalnego.

Choć Ustawa o grach hazardowych z 19 listopada 2009 r. (z jej wszystkimi późniejszymi nowelizacjami) jasno wrzuca bukmacherkę do tego samego worka, co ruletkę czy automaty, my udajemy, że to zupełnie coś innego. Bukmacher to teraz „partner strategiczny”, a gracz to nie „hazardzista”, tylko „analityk sportowy”.

Państwo Polskie, wdał się w rolę surowego moralizatora, i w Rejestrze Domen Służących do Oferowania Gier Hazardowych Niezgodnie z Ustawą zablokował już ponad 52 000 stron. Jednocześnie ustawa dopuszcza marketing bukmacherski. Dlaczego? Odpowiedź znajdziemy w Art. 71, 73 i 74 wspomnianej ustawy. Zgodnie z Art. 71 ust. 3, obowiązek podatkowy powstaje z dniem rozpoczęcia urządzania gier, co w połączeniu z 12-procentowym podatkiem od sumy stawek (Art. 73 i 74) sprawia, że budżet państwa przejmuje wygraną jeszcze przed rozpoczęciem meczu. Nieważne, czy twój „pewniak” zawiedzie, należny dochód państwa jest już bezpieczny w skarbcu.

Znajdujemy się zatem w abstrakcyjnej sytuacji. Zgodnie z prawem, hazard jest zły, brudny i niebezpieczny. Chyba że ma polską licencję, sponsoruje reprezentację i regularnie odprowadza podatki do skarbu państwa. Czy dzięki takiej operacji, hazard staje się elementem zdrowego, sportowego trybu życia?

Stawiamy na transparentność i profesjonalizm. Korzystamy ze zróżnicowanego finansowania, w tym z dotacji, aby budować silne media obywatelskie.

Fundamentem naszej wolności słowa pozostają jednak darowizny od Was. Wspólnie tworzymy rzetelne dziennikarstwo. Twoja wpłata to bezpośrednia inwestycja w prawdę i merytoryczną walkę z dezinformacją.

Zapisz się do newslettera

Bądź na bieżąco z naszymi działaniami! Zapisz się do newslettera, aby nie przegapić nadchodzących wydarzeń, nowych publikacji i ważnych ogłoszeń.


Hej! To też może Cię zainteresować!

Decyzje o architekturze informatycznej państwa rzadko trafiają na czołówki gazet. Ale tym razem sprawa jest zbyt poważna, żeby milczeć. 27 października 2025 roku minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz podpisał list intencyjny z amerykańską korporacją Palantir Technologies. Minister nazwał ten dokument „krokiem milowym”.

Dla wielu Warszawa wciąż pozostaje miastem, z którego można być dumnym. W końcu w trakcie II wojny światowej ponad 80 procent jej zabudowy legło w gruzach, a dziś trzeba uważnie przyjrzeć się różnym uliczkom, by rzeczywiście dostrzec ślady tej katastrofy. Warszawa ma drapacze chmur, osiedla premium, jedyne w Polsce metro, prestiżowe uczelnie i status największej polskiej metropolii. Jednak odłóżmy na chwilę na bok patetyczne opowieści o mieście feniksie, które znamy z podręczników i rodzinnych wspomnień. Zamiast tego zadajmy sobie pytanie: czy współczesna Warszawa jest rzeczywiście dobrze funkcjonującą metropolią, czy może stoi na glinianych nogach?

Relacje polsko-ukraińskie już od dłuższego czasu są napięte, lecz ostatnie wydarzenia dolały kilku litrów oliwy do ledwo tlącego się ognia. Decyzją prezydenta Ukrainy jednostka specjalna SSO „Północ” otrzymała imię „Bohaterów UPA”. Kto na lekcjach historii nie uważał, powinien dokładnie przeczytać następne zdania. Ukraińska Powstańcza Armia (UPA) powstała pod koniec 1942 roku i była ściśle powiązana z OUN-B (Organizacją Ukraińskich Nacjonalistów) kierowaną przez Stepana Banderę.

Prezydent Karol Nawrocki zapowiedział rozpoczęcie prac nad nową Konstytucją RP - projektem, który już na starcie wywołał szeroką debatę polityczną i medialną

Firmy są w stanie przekroczyć granice smaku, szacunku i godności, aby zyskać rozgłos. Jednak czy warto? To pytanie głośno wybrzmiało w mojej głowie po ostatniej „akcji” Pasibusa, który postanowił wejść z butami w świat streamingu.