Dla wielu z nas noc sylwestrowa to idealny moment na zorganizowanie większej imprezy. Często z radością świętujemy zakończenie roku, żeby następnego dnia obudzić się skacowanym na polu bitwy o przetrwanie pierwszego dnia stycznia. Próbujemy odnaleźć energię na kolejne 365 dni, co tworzy rytualny cykl zmęczenia. I tak przez następne kilkadziesiąt lat. Ale czy aby na pewno musimy podążać tym schematem? Czy rzeczywiście trzeba zaczynać nowy rok w towarzystwie miski przy łóżku? Sylwester stał się idealną wymówką, żeby wypić więcej niż przez resztę roku, bo przecież: „trzeba to opić!”. W tym kontekście coraz głośniej wybrzmiewa pytanie: czy alkohol jest rzeczywiście niezbędnym paliwem tej nocy, czy może jedynie archaicznym przyzwyczajeniem?
Sposób postrzegania abstynencji ulega wyraźnej transformacji. Jeśli będę prowadzić small-talk na imprezie, trzymając bezalkoholowe piwo w ręku, albo wzniosę toast wodą, istnieje znacznie mniejsza szansa, że ktoś nazwie mnie „słabą” czy „nudną”, niż jeszcze paręnaście lat temu. Jeśli nie pijesz, status „duszy towarzystwa” jest dla ciebie tak samo osiągalny, jak dla kolegi, który zdążył już opróżnić dwie puszki. Wybór napoju bez procentów staje się manifestacją świadomej kontroli nad własną zabawą. Abstynencja, niegdyś traktowana jako „dziwactwo” lub efekt konieczności – choroby, ciąży czy roli kierowcy – dziś awansuje do rangi pełnoprawnego stylu życia.
Potwierdzają to twarde dane statystyczne Głównego Urzędu Statystycznego oraz Krajowego Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom. W 2024 roku przeciętny Polak wypił 8,8 litra czystego alkoholu. Mimo iż pełne dane za kończący się rok 2025 otrzymamy dopiero za kilka miesięcy, to już teraz można dostrzec wyraźne sygnały rynkowe. Odnotowano dwucyfrowe spadki sprzedaży w niektórych kategoriach, co w połączeniu z zapowiadaną na rok 2026 podwyżką akcyzy pozwala sądzić, że polski model świętowania przechodzi trwałą rewolucję. Z jednej strony obserwujemy zmiany na rynku piwa, z drugiej zaś – nową normę społeczną, jaką jest brak presji. Kiedyś odmowa „kieliszka” wymagała gęstego tłumaczenia się: prowadzę, biorę antybiotyk, jestem w ciąży. Dziś „nie piję, bo nie chcę” coraz częściej spotyka się z pełną akceptacją. Oczywiście zależy to od środowiska, w którym przebywamy, jednak kierunek jest jasny: trzeźwość przestaje być powodem do wstydu, a dawna presja zaczyna kruszeć.
Bez alkoholu da się nie tylko przeżyć Sylwestra, ale przede wszystkim – da się go w pełni zapamiętać. Wybór trzeźwego świętowania to odrzucenie kulturowego przymusu na rzecz autentycznej radości i szacunku do własnego organizmu. Skoro Nowy Rok ma być symbolem „nowego otwarcia”, warto zadać sobie pytanie, czy nie lepiej zacząć go z jasnym umysłem i energią, zamiast walki z własną słabością. Zgodnie z przesądem: to, jak spędzamy tę jedną noc, staje się deklaracją tego, jak chcemy przeżyć resztę nadchodzącego czasu.