Rząd planuje wprowadzenie od 1 stycznia 2026 roku tzw. opłaty reprograficznej, która ma wynosić dodatkowe 2% doliczane do ceny szerokiej gamy sprzętu elektronicznego. Oznacza to, że konsumenci zapłacą więcej m.in. za smartfony, laptopy, telewizory, dyski pamięci oraz papier biurowy. Opłata ta ma oficjalnie stanowić rekompensatę dla twórców za prywatne kopiowanie ich dzieł (muzyki, filmów, książek), a zebrane środki mają trafiać do organizacji zbiorowego zarządzania, takich jak ZAiKS czy ZPAV, a nie do budżetu państwa. Mimo formalnego celu, eksperci ostrzegają, że w praktyce będzie to ukryty podatek, który podniesie koszty życia Polaków i obciąży również przedsiębiorców kupujących sprzęt do firm.
Projekt budzi silny sprzeciw ze względu na szereg kontrowersji. Krytycy wskazują na podwójne płacenie, ponieważ Polacy już masowo korzystają z legalnych źródeł treści, takich jak serwisy streamingowe, które generują znaczne przychody dla artystów. Podkreślają również, że nowoczesny sprzęt, jak telefony czy laptopy, jest używany głównie do pracy, nauki i komunikacji, a nie do piractwa. Ponadto, Trybunał Sprawiedliwości UE wymaga udowodnienia realnej szkody dla twórców, czego Ministerstwo Kultury nie przedstawiło. Fundacja Wolności Gospodarczej ocenia projekt jako szkodliwy, stojący w sprzeczności z polityką cyfryzacji i potencjalnie osłabiający konkurencyjność polskich firm.
Szczególną kontrowersję wywołuje sposób wprowadzenia opłaty: ma ona zostać uchwalona nie w formie ustawy, lecz rozporządzeniem ministra kultury. Ten zabieg prawny omija debatę sejmową, konsultacje społeczne oraz możliwość weta prezydenta. Wcześniejsze próby wprowadzenia podobnych regulacji (np. w 2021 roku) spotykały się z krytyką i były wycofywane. Krytycy zarzucają rządowi próbę wprowadzenia podatku po cichu, poza kontrolą parlamentu i obywateli, ignorując jednocześnie fakt, że według raportów Polska ma jeden z najwyższych wskaźników korzystania z legalnych źródeł kultury w Europie.