Relacje między prezydentem Karolem Nawrockim a wicepremierem
i szefem MSZ Radosławem Sikorskim od miesięcy należały do najbardziej napiętych w polskiej polityce. Publiczne uszczypliwości, oskarżenia o naruszanie konstytucji czy spory o ambasadorów pokazywały, że trudno im znaleźć wspólny język. Jednym z głośniejszych starć był temat reparacji wojennych od Niemiec. Nawrocki poruszył go podczas wizyty w Berlinie, co Sikorski uznał za polityczny błąd i działanie bez konsultacji z rządem. Były też złośliwości w mediach społecznościowych – Nawrocki krytykował ministra za brak powagi, a Sikorski odpowiadał zarzutami o „donosy” ludzi prezydenta w Waszyngtonie. Spór toczył się również wokół nominacji ambasadorskich i tego, kto faktycznie decyduje o polityce zagranicznej.
Na tym tle obecne wydarzenia w Nowym Jorku okazały się przełomem. Wspólna wizyta na 80. sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ zaczęła się od zdjęcia Sikorskiego z uśmiechniętym prezydentem, opatrzonego podpisem: „80. sesję Zgromadzenia Ogólnego czas zacząć!”. Zostało to odebrane jako sygnał ocieplenia relacji.
Nawrocki, pytany o współpracę z szefem MSZ, podkreślił, że mimo różnic obaj mają obowiązek reprezentować Polskę jednym głosem.
–Odpowiedzialność wobec państwa i realizowanie polskich zadań na agendzie ONZ jest wspólnym obowiązkiem prezydenta i ministra spraw zagranicznych. Tak powinno być zawsze – mówił w Nowym Jorku.
Sikorski i Nawrocki potwierdzili te słowa w wystąpieniach. Minister ostro ostrzegł Rosję przed naruszaniem przestrzeni NATO, a prezydent jasno stwierdził, że Polska nie zaakceptuje prowokacji Moskwy i stoi w punkcie zwrotnym historii. Obaj zabrzmieli spójnie i jednoznacznie.
Czy to trwała zmiana? Trudno uwierzyć, by wcześniejsze konflikty nagle zniknęły. Jednak wspólny front w Nowym Jorku pokazał, że w kluczowych sprawach potrafią działać razem. Być może rzeczywistość wymusiła na nich kompromis – ale to kompromis, którego Polska potrzebuje.